Czy wiesz, że..?
   Nazywany ostatnim wielkim historykiem starożytności Prokopiusz z Cezarei w swoim dziele "Historia sekretna" (tekst tutaj (s. 46) lub tutaj (s.104-106)) odnazlezionym po setkach lat w Bibliotece Watykańskiej, opisującym intrygi i zbrodnie na dworze bizantyjskiego cesarza Justyniana I (świętego w Kościele prawosławnym, okres panowania 527-565 r.) w rozdziale XII wspomina o kilku pochodzących od różnych osób relacjach dotyczących dziwnej właściwości cesarza. Otóż według jednego z dworzan pewnego razu głowa cesarza po prostu zniknęła, kiedy przechadzał się po komnacie, czego on sam najwyraźniej nie zauważył - a dworzanin nie ważył się zareagować. Kto inny relacjonował, że zamiast twarzy Justyniana zdarzyło mu się obserwować bezkształtną bryłę mięsa, na miejscu gdzie chwilę wcześniej i chwilę później wszystko wyglądało normalnie. Z kolei kochankowie jego małżonki Teodory z czasów, gdy jeszcze była na scenie, opowiadali o demonie, jaki niekiedy zjawiał się w nocy i przepędzał ich z jej sypialni. A pewien szanowany mnich, który przebył długą drogę, ażeby wstawić się u cesarza za mieszkańcami swojej okolicy, po wprowadzeniu do pałacu, ujrzawszy w końcu Justyniana na własne oczy, zawrócił na pięcie i już nie chciał z nim rozmawiać, o nic go prosić ani w ogóle mieć z nim do czynienia - co wytłumaczył później faktem, że ujrzał Króla Smoków. Podobne określenie miało pojawić się, gdy Teodora zwierzała się pewnej tancerce imieniem Macedonia, która wyszła powitać ją w Bizancjum - Teodora powiedziała jej, że poprzedniej nocy przyśniło się jej, żeby nie martwiła się o pieniądze, gdyż zaraz po przybyciu do Bizancjum "spać będzie z Księciem Demonów, będzie z nim żyła jako ślubna małżonka i dzięki niemu stanie się panią wielkiego majątku." Na zakończenie tego obgadywania świętego Justyniana I Wielkiego wspomijmy już tylko - za Prokopiuszem - o takim szczególe, że jego matka jakoby opowiadała, iż nie jest on synem jej męża, ani żadnego mężczyzny, lecz jakiegoś niewidzialnego demona, który nawiedził ją i obcował z nią jak z kobietą.

   Jak dla mnie byłyby to zwykłe bzdury, gdyby nie fakt, że mnie też kiedyś przydarzyło się coś w tym stylu, może dwa razy a raz na pewno, zupełnie na trzeźwo i wywołując silne emocje - chodzi o efekt "głowy zamieniającej się w bezkształtną bryłę", przy czym w dzisiejszych czasach bardziej trafne wydaje mi się porównanie do błędu w grze komputerowej, powodującego wyświetlanie się "krzaczków" w jakimś fragmencie ekranu - to była właśnie taka trójwymiarowa "kaszana", i bynajmniej nie trzeba było jechać na drugi koniec świata, żeby to zobaczyć, ani też nie wchodziły w grę "zakłócenia w przekazie telewizyjnym, jestem ekspertem od tego więc wiem co mówię, to tylko kompresja transmisji satelitarnej" - bo to było w realnej rzeczywistości, a nie na żadnym ekranie. Myślę, że statystycznie każdemu człowiekowi raz czy dwa takie coś się przytrafiło - tylko każdy wypiera to ze świadomości, nie mogąc tego "do niczego przypiąć" i nie chcąc w to wierzyć, myśląc że to pewnie złudzenie, a z czasem w ogóle zapominając o sprawie - jak było i w moim przypadku, dopóki wiele lat później nie dowiedziałem się, że innym osobom też zdarzało się obserwować tego rodzaju efekty - oczywiście nie usłyszałem o tym w radiu ani w telewizji i nie przeczytałem w gazecie ani na "portalu z najlepszymi informacjami" - tylko po prostu "w necie"...

   Zmiennokształtne hybrydy: pół-ludzie, pół-reptilianie, negatywna forma astralna przesłaniająca postać fizyczną, obserwowalne momenty nawiedzenia czy po prostu drobne usterki holograficznego wszechświata - kto wie...
   Ojciec amerykańskiej bomby atomowej, dyrektor naukowy projektu Manhattan dr J. Robert Oppenheimer w roku 1952 wziął udział w konferencji światowej czołówki naukowców ze swojej branży na Uniwersytecie Rochester. Podczas spotkania ze studentami jeden z żaków zapytał, czy bomba atomowa zdetonowana na poligonie w Nowym Meksyku była pierwszą eksplozją jądrową. Według relacji innego obecnego tam wtedy naukowca treść pytania "obudziła" Oppenheimera, a jego odpowiedź spowodowała, że studenci popatrzyli po sobie nawzajem z niedowierzaniem. Brzmiała ona bowiem: "Tak, to była pierwsza - w czasach nowożytnych, oczywiście".

   O co mogło mu chodzić..? Wiedział o czymś, o czym mało kto wie, czy po prostu znał fakty, które media i placówki oświatowe z dziwną solidarnością pomijają, a o których można sobie poczytać np. tutaj (j.pol.) ..?
   Dyrektor Centrum Astrofizyki Cząsteczkowej w amerykańskim Państwowym Laboratorium Przyspieszania Cząstek Elementarnych im. Enrico Fermiego prof. Craig Hogan pod koniec roku 2008 oświadczył, że wyniki eksperymentu GEO 9600, który miał pozwolić na wykrycie fal grawitacyjnych, są nieoczekiwane i wytłumaczalne jedynie w świetle teorii, że nasz wszechświat jest gigantycznym hologramem. Ogólnie tłumacząc zawiłe uczone szczegóły tej sprawy, z tego co udało mi się zrozumieć, naukowcy zamiast wykryć jakieś tam mikro-delikatne fale sączące się ledwo wykrywalnie z drugiego końca kosmosu i początku czasu, w którym jesteśmy zanurzeni, co mieli nadzieję osiągnąć właśnie przy użyciu tego nowego sprzętu GEO 9600, o możliwościach większych niż cokolwiek wcześniej w tej dziedzinie - natknęli się daleko w kosmosie na swego rodzaju "pikselozę", coś jak w grze komputerowej gdy sobie za bardzo powiększysz i widzisz wtedy kwadraciki, których nienaturalne kształty stanowią jakby skraj autentyczności świata gry; może trochę przesadzam, ale zdaje się przytrafiło im się coś prawie w tym stylu. Dla bardziej kosmopojętnych umysłów dłuższe szczegółowe wyjaśnienia w języku polskim - tutaj - i po angielsku - tu (oraz ciekawy bonus dla ultra-zaawansowanych tutaj - j.ang.).
   Jeden z czołowych naukowców Hitlera w dziedzinie broni rakietowej i eksperymentalnych pojazdów powietrznych Hermann Oberth, którego asystentem był Werner von Braun, zapytany po wojnie, jak Niemcom udało się osiągnąć tak imponujący postęp technologiczny w tak krótkim czasie, odrzekł "nie możemy przypisać całości zasług sobie; otrzymaliśmy pomoc" - a indagowany dalej "od kogo..?" wyjaśnił, jak gdyby nigdy nic: "od ludzi z innych światów".

   Poza tym w opublikowanym 24 października 1954 r. artykule dla magazynu "The American Weekly" wyraził swoją opinię, że "latające talerze to prawda i są to pojazdy kosmiczne z innego układu planetarnego, pilotowane przez inteligentne istoty, badające naszą planetę od wieków".

   Mamy myśleć, że na przykład wywiad PRL nie interesował się takimi wypowiedziami i nie zwracał na nie uwagi, bo po co - czy raczej że od niepamiętnych lat zwyczajni ludzie żyją w monumentalnym matrixie, w którym praca od rana do wieczora, płacenie podatków i w ogóle uczciwa postawa wobec państwa nie jest odwzajemniana tym samym, ponieważ reprezentujące nas we władzach i w służbach osoby nie są w stanie przeciwstawić się pokrętnemu dyktatowi sił i kręgów zainteresowanych utrzymaniem w tajemnicy faktu, że w historii naszej planety od tysięcy lat istniały grupy korzystające z wiedzy dalece wyprzedzającej dywagacje ziemskich filozofów - a niewątpliwie opinia publiczna doszłaby do tego jak po nitce do kłębka, gdyby ujawniono temat "gości" i zaczęto się zastanawiać/badać, od kiedy właściwie nas odwiedzają - bo chyba nie od wczoraj.

   A jak zareagowałyby miliony Johnów i Iwanów na "wyjście szydła z worka", że od dziada pradziada okłamywano ich jak dzieci - może wyrozumiałym "spoko, nic się nie stało, rządzicie dalej..?"
powrót na stronę główną